sobota, 20 września 2008

kalimera i adio

Kalimera czyli po grecku "dzień dobry". Wróciłem z Krety. Szczęśliwy, wypoczęty i opalony. Kretę z czystym sumieniem polecam. Tylko zapomnicie o betonowej rekonstrukcji pałacu w Knossos (już lepiej napijcie się ouzo o tej samej nazwie) i innym tego typu atrakcjach. Pobyt na Krecie jest udany, kiedy ma się samochód i przemierza wyspę w poszukiwaniu ciekawych miejsc. Daję słowo, że momentami można się poczuć jak na filmie o rajskiej krainie (pamiętacie np. ten z Leonardo Di Caprio? Czułem się bez kitu jak pierdolony Leonardo Di Caprio). Dajmy na to Prevelli, gdzie dojeżdżasz, modląc się o swoje życie, piaszczystą, krętą i położoną nad urwiskiem drogą, następnie idziesz pewien odcinek z buta, po to aby na końcu twoim oczom ukazała się plaża nad zatoką, gdzie skały wchodzą do morza, w jej centralnym punkcie wpływa strumień z sąsiedniego wąwozu, zaś po obu stronach tegoż strumienia, rośnie naturalny gaj palm. I pomyśleć, że było blisko, że samochodu byśmy nie mieli, bo Anka zgubiła prawo jazdy. Suma sumarum, w stresie i niemal po prośbie, wypożyczyłem i prowadziłem ja, co było o tyle niełatwe, iż prawo jazdy mam od dwóch miesięcy i w wielu punktach nikt nie chce z takimi osobami rozmawiać. Biorąc w dodatku pod uwagę niełatwy układ dróg na wyspie (różnice poziomów, masa ostrych zakrętów, itp.), a także, mówiąc eufemistycznie, nonszalancję Kreteńczyków w wersji zarówno zmotoryzowanej jak i pieszej, którzy nawiasem mówiąc, zdobyli u nas dzięki temu przydomek Kretyńczyków, borykaliśmy się nieustannie z realną groźbą utraty życia. Ale wszystko jak widać dobrze się skończyło, ja zdobyłem nieocenioną praktykę, a pod koniec znalazło się nawet prawo jazdy Anki. W międzyczasie odwiedziliśmy naprawdę masę pięknym miejsc, miejsc zapierających dech w piersiach, o których mógłbym jeszcze długo tu pisać.
Powrót do Polski był tym bardziej bolesnym doświadczeniem. Pogody nawet nie skomentuję, bo każdy wie o co chodzi. Mnie osobiście uderzyło zdołowanie i ogólna ponurość na twarzach ludzi na ulicy, w autobusie i metrze. Na Boga, o ile Kreteńczycy to rzeczywiście kretyni, są przynajmniej uprzejmi i uśmiechnięci! A w ogóle to największy szkopuł w tej mojej pracy magisterskiej. Mój promotor to spoko facet, któremu zdarzało się w mojej obronie poświadczać nieprawdę (pisemka do dziekanatu, że praca jest prawie gotowa do druku, kiedy w rzeczywistości nie miałem jedniusieńkiej strony), ale dogodzić mu trudniej niż babie. W rezultacie, zapoznawszy się z jego listą uwag, pożegnałem się ze wszystkimi wieczorami i weekendami do końca września. Wczoraj dla wyjątku chciałem się zrelaksować i poszliśmy z Anią i Kulą na film „Mamma Mia!”. I kurwa był to taki syf, że wyszliśmy po 20 minutach! Przenieśliśmy się do jakiegoś lokalu gdzie mogłem zamówić whisky, pogrążyć w rozważaniach o tym jak niewdzięcznie przywitała mnie moja ojczyzna, a także popatrzeć w dekolt i wystający spod mini, pas samonośnych pończoch pewnej Białorusinki, do której się dosiedliśmy. Potem zostało już tylko powiedzieć "adio", czyli po grecku "do widzenia", a następnie udać się na spoczynek do domu.